Cieszy się autor Tadek cieszy
W tym Arsblogu
Totalny ekscyt
Mironczarnią
Witajcie w Arsblogu! Nowy rok, nowe otwarcie, nowy repertuar! A w nim, jak zwykle w naszym chórze, różnorodnie - wariacja na temat polskiej muzyki ludowej, król popu, muzyka filmowa, wspólczesny kawałek w klasycznym stylu, po łacinie. I... och. O, wow!

Tryskam entuzjazmem jak zraszacze na Rynku w lecie.
Z tej okazji zapraszam na coś, co, mam nadzieję, będę miał okazję robić częściej - analizę utworu z repertuaru Ars Cantandi i wyjaśnienie, dlaczego to naprawdę SUPER, że będziemy go śpiewać.✨
Mironczarnia to wiersz Mirona Białoszewskiego, poety z pokolenia Kolumbów. Pan Białoszewski miał niedoścignioną umiejętność zabawy słowem, której jako pisarz mogę tylko pozazdrościć. Nieoczywiste rymy, homonimy, skojarzenia wyrazów i konceptów ze wszech miar genialne. Podłogo, błogosław. Było lwio; ponadto lwiało. Mijajcie, mijajmy się, ale nie omińmy. Mińmy. Szaranagajama. Jaknajjadzisiejszy. I moje ulubione Nie każcie mi już niczym więcej być! Nareszcie spokój. Daj borze szumiący, abym wymyślił w mojej karierze chociaż jedno tak błyskotliwe zdanie. Żyję w mieście, gdzie po ulicach chadzały Różewicze, a z elewacji straszą Stanisławy Drożdże, i pragnę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to mistrz Miron najzdolniej operował formą w poezji. Napisać pięć identycznych wyrazów obok siebie albo wiersz, w którym nic się nie rymuje, potrafi i przeciętny uczeń podstawówki. Białoszewski potrafił zaś dowolnie przetasować szyk wiersza, nie tracąc przy tym nic z bogactwa języka, jakim się posługiwał i nie migając się od rymów. Po dowód tego nie trzeba sięgać dalej niż do przedmiotu naszych dzisiejszych rozważań.
Męczy się człowiek Miron męczy
Znów jest zeń słów niepotraf
Niepewny cozrobień
Yeń
Czterowiersz. Krótszy od dziecięcych rymowanek. A jednak zawiera tyle treści, co cała strona zwykłego tekstu. Rozłoże to dla was na czynniki pierwsze, począwszy od tytułu.
"Mironczarnia" to neologizm łączący imię poety ze słowem "męczarnia", korzystając ze zbieżności inicjałów. Naturalnie oznacza on "męczarnię Mirona" - nie zatem zwykłą czy dowolną męczarnię, a konkretną, niezwykle osobistą. Cóż to za potworna tortura?🔥
Jest zeń słów niepotraf
Nie umie się wysłowić. Zjawisko to przyszłe pokolenia nazwą "niemocą twórczą"; jest plagą wśród pisarzy, którzy jako nominalni 'władcy słowa', mocno biorą do siebie, że nagle braknie im tej władzy. I podmiot liryczny nie jest tutaj wyjątkiem - mógłby powiedzieć, że jest "słów niepotraf" jako stan, w którym się znalazł, ale on idzie dalej i to siebie nazywa "niepotrafem". Redefiniuje własną tożsamość przez pryzmat swojego problemu, jakby elokwencja była wyznacznikiem jego osobistej wartości. Nic dziwnego, że "męczy się człowiek Miron męczy" - podnosząc proces pisania do rangi sądu nad sobą samym, sam wydaje na siebie wyrok skazujący i tworzy swoją mironczarnię.
Ale czy na pewno tylko sobie musi coś udowodnić? Zawodowy poeta zwykle ma nad sobą wydawcę; jego dzieło jest pracą, którą zobowiązany jest dostarczyć w określonym terminie. Co ma począć, jeśli nie jest do tego zdolny?
Niepewny cozrobień
Nie wie co, a przynajmniej nie jest pewny. Towarzyszy mu niepewność, obawa - może nawet lęk. Emocja, której nikomu nie trzeba chyba przedstawiać.😰
Wiersz kończy słowo "yeń". Cóż to jest yeń? Może to onomatopeja, chodzi o jęk? Ale nie taki zwykły jęk, a jęk umęczenia, egzystencjalny, z głębi jestestwa - dlatego opatrzony końcówką, którą poprzedni wers powiązał już z określeniem osoby. A może to po prostu określenie osoby? Podmiot liryczny nazwał się już "człowiekiem Mironem", "niepotrafem" i "cozrobieniem", teraz nazywa się yeniem. Jestem yeń. Ja, yeń. Patentowany yeń, nic nie pisze cały dzień.
Albo też yeń nie jest wcale pełnym wyrazem, a samą końcówką, narzuconą przez rym i zapisaną zawczasu przez poetę z zamiarem poprzedzenia jej dłuższym wersem, ale nie wymyślił w końcu tego wersu, bo jest "słów niepotraf". Lub też celowo go nie wypełnił, jako symbol pustki w swojej głowie. Ba! Może "yeń" w ogóle nie ma sensu, może to zbiór przypadkowych liter wklepanych w desperackiej próbie utworzenia czwartego wersu, na który nie było już pomysłu?!
Jestem pisarzem. Miliony razy byłem słów niepotraf. Ciężko zliczyć, przy ilu egzaminach, zadaniach, pracach na ocenę postanęło mi w głowie "męczy się człowiek Miron męczy". Nie sądzę, żeby Białoszewski postrzegał Mironczarnię jako jakieś wielkie dzieło. To zapychacz jednego z licznych tomików jego poezji, cztery wersy, w których wyżył swoją powtarzalną frustrację. A jednak stworzył w tych czterevh wersach utwór uniwersalny, pod którym każdy pracownik umysłowy mógłby się podpisać rękoma i nogami. To nie jest jedynie mironczarnia - w te groteskowe, a mimo to realne męki mogą wpaść wszyscy, którzy przywiązują wagę do tego co piszą.
Więcej niż piszą.
Słow niepotraf może być mówca, któremu nagle zabraknie właściwego określenia. Dziennikarz, dyplomata, pracownik na rozmowie kwalifikacyjnej. Słów niepotraf może być rodzic tłumaczący dziecku po raz trzydziesty, że nie powinno dokuczać kolegom, chłopak próbujący wyznać dziewczynie swoje uczucia, przyjaciel widzący swojego druha po latach. Wreszcie, niektórzy ludzie słów niepotrafami i niepewnymi cozrobieniami są na co dzień, bo urodzili się nieśmiali, wrażliwi bądź z trudnościami społecznymi. I z ciebie któregoś dnia może być niepewny cozrobień - na scenie, w ostatnim tygodniu przed koncertem, skarcony przez Anię, a może zupełnie kiedy indziej, w trudnej sytuacji życiowej. Wspomnij wówczas słowa poety, które nie niosą może rozwiązania, ale pociechę, że nie jesteś w tym uczuciu odosobniony. A może i z wyrozumiałością spójrz na kolegę, który dziś znów jest słów niepotraf.☝
Kompozytor Jakub Neske opatrzył Mironczarnię akompaniamentem złożonym z długich monotonów, przerobionych tekstem z wielokrotnymi powtórzeniami niemal na staccato. Jednostajny dźwięk wibrujący jak młot pneumatyczny dla ucha jest nieprzyjemny, mechaniczny i - a jakże - męczący. Świetnie zatem oddaje uczucie, jakie towarzyszy przeciągającej się pracy. Te same słowa wydają się powtarzać bez końca, gdy czyta się je raz za razem, próbując wymyślić ciąg dalszy. Partie głosów pływają po pięciolini w tę i z powrotem niczym zapętlające się myśli. Frustracja rośnie do wokalnego cresccndo i opada w piano, gdy uświadamiasz sobie jej bezcelowość. Glissando przypomina krótkie wędrówki myślami poza temat lub napady senności. Wreszcie ów jakże fundamentalny yeń na końcu rozrasta się w polifoniczną symfonię, wyrażającą wszystkie kolory irytacji i szereg potecjalnych znaczeń tego wyrazu. To bardzo trafne oddanie treści tekstu w warstwie muzycznej, zachowujące nie tylko sens wiersza, ale i cechy jego formy - eksperymentalność i pewną groteskowość. Decyzję świętej pamięci maestro Morricone o nagrodzeniu tego utworu pochwalam i popieram. I nie mogę się już doczekać, aby go zaśpiewać. Nie tylko jest to kolejny intrygujący eksperyment muzyczny, z których znany jest nasz chór, ale niesie ze sobą przesłanie, którym zdecydowanie chcę się dzielic ze sceny, bo jako twórcy jest mi bardzo bliskie.
Tu dobrze byłoby umieścić jakąś zabawną puentę, ale żadna nie przychodzi mi akurat do głowy, zatem...

Do następnego Arsbloga.